[ Pobierz całość w formacie PDF ]

ujrzał Roger przed sobą rozdęte
nozdrza, wystającą szczękę i
grozne kopyta wierzchowca. Teraz
zrozumiał, że zachowując się
zaczepnie popełnił wielkie
głupstwo. Rumak niemal zawisł
kopytami nad jego głową, więc
odskoczył w bok i łopatą
usiłował ugodzić z całej siły
człowieka na siodle. Ale koń,
którego nozdrza drgały jeszcze
od poprzedniego ciosu,
niespodzianie rzucił się na
lewo. W oczach Rogera zabłysła
nadzieja.
- Pokaż, łajdaku, co
potrafisz! - krzyknął i ruszył
do miejsca, gdzie poprzednio
pracował. Począł urągać obcemu,
aby spotęgować jego wściekłość i
odwrócić uwagę od świeżo
wykopanych dołów, do których
chciał zapędzić konia. Kowboj
nie zauważył grożącego mu
niebezpieczeństwa, opanowany
jedną myślą, aby jak najprędzej
stratować lżącego go człowieka.
Dwa razy rzucał się na zręcznie
ustępującego przeciwnika, dwa
razy wymierzał Roger taki cios,
że przerażony koń odskakiwał
gwałtownie na
bok. Wreszcie przy trzecim ataku
dopisało mu szczęście. Przednia
noga wierzchowca ugrzęzła w
dole, do którego zwabił go
Roger. Jezdziec wyleciał z
siodła jak z procy
i upadł na ziemię. Nie doznawszy
żadnych obrażeń zerwał się na
równe nogi.
- Pogadajmy teraz rozsądnie -
zaproponował Roger.
Kowboj, nieprzytomny ze
złości, rzucił się wśród
przekleństw i złorzeczeń na
przeciwnika. Roger odbił cios
uderzeniem lewej pięści, która
ugodziła napastnika w skroń.
Lecz nawet ten celny, straszliwy
cios nie dał spodziewanego
rezultatu. Kowboj natarł na
Rogera starając się obalić go na
ziemię. Walka przerodziła się w
dziką bijatykę. Kowboj miotał
się rozpaczliwie i zgiąwszy swe
twarde i ciemne jak szpony palce
walił nimi Rogera.
- Zabiję cię, przybłędo! Wnet
sępy będą miały z ciebie
pociechę! - krzyczał.
- Walcz jak należy! - zawołał
Roger. - Zamknij pięści, bo
inaczej pożałujesz!
W odpowiedzi na to przeciwnik
zdzielił go nogą w brzuch. Roger
zaczerpnął głęboko powietrza, a
napełniwszy nim płuca
doprowadzony do ostateczności
doskoczył do kowboja i bił
niemiłosiernie. Sposób walki
obcego, niegodny mężczyzny,
doprowadzał go do wściekłości.
Postanowił dać mu nauczkę.
Wycelował i wymierzył obcemu tak
silne uderzenie między żebra, że
pozbawił go prawie oddechu. Raz
po raz trafiał w twarde jak stal
ciało kowboja. Ale upatrzył
sobie jedno, zdaje się, bardzo
wrażliwe miejsce. Wreszcie
zauważył, że jego przeciwnik
zaczyna się chwiać. Roger
ostatnim ciosem powalił go na
ziemię i cofnął się o parę
kroków. Kowboj leżał przed nim
zdyszany, bezradny. Z lękiem w
oczach wpatrywał się w but
Rogera. Mimo straszliwych
ciosów, jakie mu się dostały,
nie stracił przytomności.
- Czy sądzisz, że będę się
znęcał nad człowiekiem, który
leży na ziemi? - wykrztusił
zmachany Roger. - Wstań! Nie
skończyliśmy jeszcze z sobą.
Należy ci się dobra porcja
kijów!
- Nie mogę się podnieść -
wystękał kowboj. - Muszę mieć
złamane biodro lub nogę.
- Wstawaj!
Mężczyzna spróbował, lecz już
za chwilę opadł bezradnie z
powrotem.
- Nie mogę się poruszyć.
Roger spojrzał na niego
niezdecydowany: jeszcze przed
paru minutami porwany walką nie
oszczędzałby go. Lecz teraz, gdy
pierwszy poryw ostygł, a
przeciwnik leżał na ziemi,
sytuacja przedstawiała się
całkiem inaczej. Nie mógł
atakować bezbronnego.
- Pokaż! Gdzie cię boli?
- Tutaj - kowboj wsunął prawą
rękę do bocznej kieszeni spodni.
- Potworny ból, że ruszyć się
nie mogę.
Roger ukląkł nad bezbronnym.
- Och! Moja noga! - lamentował
obcy.
Roger nachylił się, aby
obejrzeć nogę, i wtedy poczuł
piekący ból pod łopatką.
Odskoczył w tył. Kowboj zerwał
się z szybkością, która
zdradzała cały jego podstęp. Na
widok długiego, składanego noża,
lśniącego w ręce przeciwnika,
Roger zrozumiał, że dał się
podejść. Obcy stękał udając, że
złamał kość, a w tym czasie
otwierał w kieszeni nóż. Gdy
Roger się nachylił, wbił mu go
podstępnie w plecy. Teraz kowboj
wpatrywał się w Rogera oczyma
pełnymi nienawiści i złośliwej
radości. Czekał na efekt
pchnięcia nożem. Spodziewał się,
że jego przeciwnik wkrótce
padnie nieżywy na ziemię. Był
tak pewny swego, że nie próbował
więcej atakować. Lecz oczekiwany
koniec wcale nie nastąpił. Twarz
zranionego nie przyoblekła się
trupią bladością.
- Chybiłeś - odezwał się
spokojnie Roger dotykając dłonią
zranionego miejsca. - Jedno
żebro dziabnięte, to wszystko.
Teraz, łotrze, miej się na
baczności!
To rzekłszy skierował się
prosto w stronę ostrza noża,
wyniosły, z napiętymi mięśniami,
zdecydowany albo skończyć z
przeciwnikiem, albo jak
najdrożej sprzedać swe życie.
Obcy jak zahipnotyzowany nie
mógł oderwać od niego
spojrzenia. Nie rozumiał, co się
z nim dzieje, dlaczego wzrok
przeciwnika mrozi mu krew w
żyłach. Pojął tylko jedno:
trafił na mistrza.
Ciągle jeszcze stojąc z nożem
w dłoni cofnął się o jeden krok,
następnie o drugi, ogarnięty
dziwnym, panicznym strachem
zachwiał się, zawrócił, pobiegł
w kierunku swego konia, wskoczył
nań i uciekał galopem jak przed
diabłem. Dopiero gdy oddalił się
na znaczną odległość, odwrócił
się na siodle wywijając groznie
nożem. Niedługo pózniej znikł za
kępką karłowatych palm. Roger
odniósł pełne zwycięstwo.
XVIII
Zastanowiwszy się chwilę Roger
wolnym krokiem skierował się do
owego odległego miejsca, gdzie
Higgins i Murzyni trzebili
dżunglę.
- Odwołaj ich - zarządził. -
Wszyscy musimy pracować przy
ogrodzeniu. Otrzymałem ważną
wiadomość. Powinienem jak
najszybciej dać odpowiedz.
- Rozumiem - odparł Higgins i
chwycił za krótki karabin, jeden
z tych, które nadeszły pierwszym [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • themoon.htw.pl
  •