[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Zaczekaj chwilę, Megan jest teraz w łazience.
Ooo! Czy i ona te\ tyle się dzisiaj nachodziła? Joanna wyjęła lusterko i długo, starannie badała swą twarz.
Nie podoba mi się kolor tej pomadki powiedziała wreszcie.
W tym momencie weszła Megan. Była ju\ spokojna, umiarkowanie czysta i bez śladu niedawnego wzburzenia na
twarzy. Spojrzała niepewnym wzrokiem na Joannę.
Jak się masz! zawołała Joanna, ciągle jeszcze zajęta swą twarzą. Bardzo się cieszę, \e zostaniesz u nas na
lunchu! Bo\e święty! Pieg mi wyskoczył na nosie! Muszę zaraz coś z tym zrobić& Piegi są takie okropnie szkockie, i
w dodatku tak dodają powagi!
W tej chwili zjawiła się pani Partridge i zawiadomiła chłodno, \e podano do stołu.
Chodzcie powiedziała Joanna wstając. Po prostu umieram z głodu!
Wsunęła rękę pod ramię Megan i razem weszły do jadalni.
ROZDZIAA PITY
Widzę, \e w moim opowiadaniu zapomniałem o czymś, dotychczas bowiem zupełnie nie wspomniałem o pani Dane
Calthrop i, oczywiście, o wielebnym Kalebie Dane Calthrop.
Tymczasem oboje, to znaczy pastor i jego mał\onka, byli w Lymstock bardzo wybitnymi osobistościami. Pastor to
mo\e najbardziej nie\yciowy człowiek, jakiego znałem. Całe jego zainteresowanie skupiało się na ksią\kach i
doskonałej znajomości historii Kościoła. Natomiast pani Dane Calthrop była wprost przera\ająco rzeczowa. Mo\e
umyślnie odło\yłem na pózniej wzmiankę o niej, poniewa\ od pierwszej chwili trochę się jej bałem. To kobieta o
silnym charakterze i niemal nadludzkiej przenikliwości. Nie stanowiła bynajmniej typowej \ony pastora& Ale có\ ja
mogę wiedzieć o \onach pastorów? Jedyna, którą sobie przypominam, spokojna, niepozorna kobiecina całkowicie
oddana du\emu, silnemu mę\owi, kaznodziei o magnetycznej sile zupełnie nie miała daru prowadzenia rozmowy,
tak \e ka\de spotkanie z nią stanowiło niesłychanie trudny problem konwersacyjny. Poza tym podzielałem ogólną
opinię o \onach pastorów jako o karykaturach kobiet wtykających wszędzie nos i klepiących wytarte banały. Zupełnie
mo\liwe, \e takich typów nie ma.
20
Pani Dane Calthrop nie wtykała wprawdzie nosa nigdzie, ale w jakiś wprost niesamowity sposób zawsze wszystko
wiedziała. Pózniej stwierdziłem, \e prawie wszyscy w okolicy trochę się jej bali. Nigdy nie udzielała rad, nigdy się do
nikogo nie wtrącała, niemniej ka\dy, kto posiadał trochę nieczyste sumienie, uwa\ał ją za wszechwiedzące bóstwo.
Nigdy nie spotkałem osoby bardziej obojętnej na otoczenie. W skwarne, upalne dni mo\na ją było widzieć ubraną w
ciepłe tweedy, w deszcz zaś, a nawet grad, biegała roztargniona po uliczkach miasteczka w lekkiej bawełnianej sukni w
wielkie maki. Miała długą, szczupłą twarz rasowego charta i przera\ającą szczerość w rozmowie.
Następnego dnia po wizycie Megan pani Dane Calthrop zatrzymała mnie na ulicy Głównej. Pierwszym moim
odruchem było zdumienie, poniewa\ pastorowa raczej biegała, ni\ chodziła, a wzrok miała zawsze skierowany przed
siebie, gdzieś w daleki horyzont, tak i\ miało się wra\enie, \e jej prawdziwe zainteresowanie le\y gdzieś w zaświatach.
Ooo! zawołała. To\ to pan Burton!
Powiedziała to tak triumfalnym tonem, jak ktoś, komu udało się rozwiązać bardzo zawiły problem.
Przyznałem, \e istotnie jestem panem Burtonem, a wzrok pani Dane Calthrop starał się oderwać od horyzontu i
skoncentrować na mojej osobie.
Zaraz, zaraz& rzekła. Dlaczego to ja chciałam koniecznie pana spotkać& ?
Niestety, nie mogłem jej w tym dopomóc. Stała przede mną, marszcząc brwi, jakby głęboko czymś zafrasowana.
W związku z czymś, zdaje się, bardzo nieprzyjemnym mówiła dalej.
O, to bardzo przykre! rzekłem.
Aha, ju\ wiem! wykrzyknęła pani Dane Calthrop. Anonimy! Co to za zwyczaje, które pan tutaj
zaprowadził z tymi listami anonimowymi?
Wcale nie ja zaprowadziłem odrzekłem ura\ony bo one ju\ się tutaj zjawiły przede mną.
A jednak nikt nie otrzymywał anonimów, zanim pan się tu nie sprowadził rzuciła tonem oskar\enia.
Ale\ przeciwnie, proszę pani! Ju\ krą\yły w najlepsze!
O, Bo\e! rzekła. To mi się wcale, a wcale nie podoba.
Stała zapatrzona gdzieś przed siebie, znowu jakby nieobecna. Po chwili powiedziała:
Nie mogę się pozbyć wra\enia, \e to wszystko jest nie tak, jak być powinno. My tutaj jednak nie jesteśmy tacy.
Zazdrość, owszem, i złośliwość tak\e się zdarza, i tym podobne małe grzeszki, ale nie to. Naprawdę nie to! I to mnie
bardzo martwi, bo widzi pan, ja powinnam o tym wiedzieć!
Jej piękne oczy przestały spoglądać na horyzont i zwróciły się na mnie. Miały jakiś zafrasowany wyraz i wyra\ały
szczere zdziwienie dziecka.
Jakim sposobem miałaby pani wiedzieć? zapytałem.
Zazwyczaj wiem, bo mi się zdaje, \e to mój obowiązek. Kaleb głosi uczciwe, zdrowe zasady i udziela
sakramentów. To jego obowiązek jako kapłana, ale je\eli ju\ w ogóle godzimy się na mał\eństwa kapłanów to, moim
zdaniem, obowiązkiem \ony pastora jest poznać uczucia i myśli parafian, nawet je\eli nie mo\e osobiście na nie
oddziaływać. Tymczasem ja nie mam najmniejszego pojęcia, w czyim umyśle& przerwała dodając w roztargnieniu:
A jeszcze w dodatku te listy są takie strasznie głupie!
A czy pani sama& hm& tak\e dostała jakiś anonim?
Byłem trochę zmieszany przy tym pytaniu, ale pani Dane Calthrop odpowiedziała zupełnie naturalnie, otwierając
tylko nieco szerzej oczy:
O tak, dwa& nie, nawet trzy! Nie pamiętam dokładnie, o co w nich chodziło. Zdaje się, \e coś bardzo głupiego na
temat Kaleba i nauczycielki. Zupełnie bez sensu, bo Kaleb nie zdradza najmniejszych skłonności do cudzołóstwa,
nigdy ich zresztą nie miał. Przy jego zawodzie to się nawet szczęśliwie składa&
Oczywiście rzekłem oczywiście!
[ Pobierz całość w formacie PDF ]