[ Pobierz całość w formacie PDF ]

poruszenie skóry takie, jakiego doświadcza
człowiek czujący, że mu coś ciężkiego z tyłu
kładzie się na plecy, nachodzi, lub najeżdża. Ta
czarna ściana, w której zaklęty milczał szereg
pustych salonów, zdawała się na niego kłaść...
Ale znowu spoglądał ku biurku. Tam, pomiędzy
mnóstwem innych papierów leżał list Maryana,
przed wielu już dniami otrzymany. Nie schował
go, ani zniszczył, ale sam nie wiedząc dlaczego,
pozostawił na biurku. List ten, w tym wielkim
gabinecie, od zieleni malachowitowych przyborów
do pisania, białością wyraznie odbijał. %7ładen
zresztą list. Kilka wierszy. Pisał, że chcąc sobie i
jemu oszczędzić jednej więcej rozmowy osobistej,
95/113
listownie donosi o swoim wyjezdzie do Ameryki.
Ale i do pisania listów jest leniwy, więc ogranicza
się kilku słowami. Ponieważ niepojęty brak logiki w
kierowaniu jego życiem postawił go w koniecznoś-
ci zostania wyrobnikiem, woli teren i sposoby
wybrać według indywidualności własnej. Spi-
eniężył ruchomość swą, co mu przyniosło sumę
znaczną, inną sumę pożyczył, za co nie prosi o
przebaczenie, bo jest to naturalną konsekwencyą
położenia, którego on nie był twórcą, lecz raczej
jest ofiarą. Zresztą, wyrzutów nie czyni żadnych,
będąc zawsze zdania, że wszelkie takie rzeczy,
jak winy i zasługi, cnoty i występki, to zupa go-
towana z kości pradziadków i w malowanych gar-
nkach podawana na pokarm pastuszkom. Wszys-
tko to zakończone było komplementem gładkim,
okrągłym, wybornie pod względem stylowym
pomyślanym i wykończonym.
Brak logiki! Dwa te wyrazy listu utkwiły w
pamięci Darwida i po wyrazach: "po co?" pow-
tarzały się w niej najczęściej. Mogłyby naprawdę
stosować się do niego? Czy istotnie popełnił błąd
logiczny? Tak, zdaje się. Więc zawiódł go jasny,
trzezwy, logiczny rozum?... Wstał i profilem do
drzwi zwrócony, uczuł znowu więcej, niż zobaczył,
stojącą za drzwiami czarną ścianę ciemności.
Znowu też skóra zadrgała mu na plecach, które
96/113
nieco skurczyły się i przygarbiły. Tak poszedł do bi-
urka, z którego wziął list inny, przed chwilą tam
rzucony i jeszcze nie przeczytany. Coś w pokoju
zaszeleściło; jakieś drobne kroki cicho biegły po
kobiercu. To Pufik obudził się i przybiegłszy, zaczął
wić się mu u nóg.
 Pufik!  rzekł Darwid i zaczął czytać list.
Było to zaproszenie do księstwa Zenonostwa na
wielki wieczór pożegnalny; wyjeżdżali zagranicę i
wielkim wieczorem pragnęli pożegnać znajomych,
a w pierwszym rzędzie "nowożytnego Cyda".
Książę Zenon często przydomek ten Darwidowi
nadawał. Ale dziś "Cyd nowożytny" czytał list za-
praszający z ustami wykrzywionemi od niesmaku.
Nie był to ów sławny uśmiech, najeżony szpilkami,
lecz wprost takie przykre skrzywienie warg, które
towarzyszy przełykaniu rzeczy ze smakiem ckli-
wym, nudzącym. Wyobraził sobie towarzystwo, z
którem niedawno spędził dni kilka na wyprawie
myśliwskiej, które w dniu oznaczonym napełnić
miało salony księcia i do znalezienia się pośród to-
warzystwa tego uczuł nietylko zupełny brak chę-
ci, lecz nawet wstręt. Nie dlatego, aby względem
ludzi tych miał nienawiść, lecz że byli mu
doskonale obojętni. Zarzutów przeciw nim nie
czynił żadnych, ale gdy o nich myślał, doświadczył
znowu uczucia przestrzeni bezgranicznej i pustej,
97/113
która go z nimi rozdzielała. Wyobraził sobie salony
księcia, napełniające twarze, stroje, rozmowy,
stoły karciane i wydało mu się, że wszystko to ist-
nieje w ogromnej od niego odległości, po drugiej
stronie przestrzeni nieprzejrzanej i pustej. Na jed-
nej krawędzi tej przestrzeni on, na drugiej oni.
Pomiędzy nim a nimi pusto, żadnej nici, chociażby
tak cienkiej, jak pajęcza. Pośrodku wysokiego
pokoju, nad okrągłym stołem, lampa płonęła
światłem wielkiem i spokojnem, na biurku w cięż-
kich świecznikach paliły się świece. W tem ob-
fitem oświetleniu Darwid stał u biurka i z plecami
przygarbionemi, ze snopem zmarszczek
pomiędzy brwiami, nizko pochylał twarz nad pa-
pierem, który trzymał w ręku. U stóp jego, na ko-
biercu, jak drobny posążek nieruchomy, siedział
Pufik i z podniesioną głową, z za opadających jed-
wabiów szerści, w twarz mu patrzał. Ale on nie
widział pieska i nie czytał wypisanych na papierze
słów pochlebnych, tylko w myśli powtarzał
słyszane niegdyś słowa:
 Po co ci tak wiele ludzi, ojczulku? Czy ty ich
kochasz? Czy oni ciebie kochają? Co z tego wyni-
ka? Przyjemność czy korzyść? Po co to wszystko?
 Nie kocham ich, maleńka i oni mię nie
kochają. Wynikała mi z tego korzyść, znaczenie w
świecie.
98/113
 A na co ci, ojczulku, znaczenie? Dlaczego
pragniesz znaczenia? Czy ono daje szczęście?
Tym razem po ustach przewinął się mu sławny
w świecie uśmiech pełen szpilek.
 Nie dało, maleńka!
To dziecko, podówczas, na zapytaniach
swych, jak na niciach spuszczało myśl jego na
dno rzeczy, którego oglądać czasu nie miał. Teraz
oglądał i uśmiech jego jeżył się coraz ostrzejszemi
szpilkami ironii. Myślał długo, aż głośno wymówił:
 Więc cóż?
A potem, tonem pytającym, prawic krzyknął:
 Czy omyłka? W błysku myśli, że życie jego,
razem z trudami, walkami i zdobyczami swemi
mogło być  omyłką, ujrzał znowu twarz bladego
przerażenia. Pufik, może przelękniony krzykiem,
który wydarł się z ust jego pana, szczeknął kilka
razy. Darwid odwrócił się od biurka i wzrokiem
spotkał stojącą za drzwiami czarną ścianę.
 Omyłka?  powtórzył zapytanie.
Ciemność milczała i obliczem bez oczu
zdawała się patrzeć na niego uważnie, uparcie.
Szybko postąpił kilka kroków i przycisnął guzik dz-
wonka. Do wchodzącego lokaja, drzwi wskazując,
rzekł:
99/113
 Oświetlić mieszkanie!
Po kilku minutach, szereg salonów wynurzył
się z ciemności i stanął w świetle pozapalanych
lamp i świeczników. Kuliste lampy, u ścian
płonące, rozlewały mgliste pół światło, w którem
gdzieniegdzie migotały złote połyski i majaczyły
zarysy malowanych twarzy i pejzażów. Z
cienistych kątów dobywały się niepełne kształty
waz wysmukłych i pękatych, urywki białych
girland na ścianach, delikatne mgły spłowiałych
kolorów na gobelinach, jaskrawy szkarłat i błękit
jedwabnych draperyi. Dalej, w małym saloniku,
w dwu kandelabrach paliły się snopy świec, u
których zwisały wieńce kryształów, błyszczących
jak sople lodowe, lub jak ogromne, zastygłe łzy.
Najdalej, w sali jadalnej z ciemnemi ścianami,
punktem świetlistym jaśniała wielka, bronzami
nad stołem ociekająca lampa. Ten punkt od drzwi
gabinetu Darwida wydawał się bardzo dalekim, a [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • themoon.htw.pl
  •