[ Pobierz całość w formacie PDF ]
lepszą pozycję na rynku, a on sam miał poczucie, że zajmuje się dokładnie
tym, czym powinien.
Wyszedł z budynku EPH prosto w śnieżną zawieję. Postawił kołnierz
płaszcza i rozejrzał się. Ulica była zatłoczona jak zawsze. Taksówki wiozły
swoich klientów,autobusy poruszały się wolno wśród wirujących płatków
śniegu, samochody trąbiły, a chodnikami szli zawsze spieszący się dokądś
ludzie.
Uwielbiał to.
Uwielbiał ten hałas, rytm życia, który pulsował na Manhattanie, jego
Anula & pona
ous
l
a
d
an
sc
chaos i rozgardiasz. Uśmiechnął się na myśl, że Manhattan stanowi
doskonałą oprawę dla tego, co się dzieje w jego głowie.
Shane nie był pewien, dokąd idzie. Wiedział tylko, że nie ma ochoty
wracać do pustego domu. Było mnóstwo kobiet, które chętnie
dotrzymałyby mu towarzystwa, gdyby do nich zadzwonił, ale ta myśl
wywołała w nim większy chłód niż wirujące płatki śniegu, które wpadały
mu za kołnierz.
Czekając, aż się zmienią światła, rozejrzał się i jego wzrok natrafił na
okna Hannigan. Było to miejsce, które trudno byłoby nazwać barem, bo
było zbyt ekskluzywne, ale jak na klub - zbyt banalne. W każdym razie
Hannigan oferował zimne piwo i miłą atmosferę. Perspektywa o niebo
lepsza od samotnego powrotu do pustego mieszkania.
Shane wszedł do środka. Było ciepło i miło, rozlegał się gwar
rozmów, a w tle słychać było przyjemną irlandzką muzykę. Shane ściągnął
płaszcz, strząsnął z niego śnieg i powiesił go na wieszaku.
- Guinness - rzucił, siadając przy barze. Chwilę pózniej barman
podał mu chłodny spieniony płyn. Shane pociągnął łyk piwa, po czym
odwrócił się od baru i przebiegł wzrokiem po znajomych mu skądinąd twa-
rzach. W końcu wszystko to byli ludzie pracujący w pobliżu budynku EPH
i zawsze ktoś z nich raz na jakiś czas tu wpadał.
Zwłaszcza jedna osoba była mu dobrze znana. Shane niespiesznie
ruszył w kierunku stolika, przy którym siedział jego bratanek, i usiadł
naprzeciw niego.
Gannon Elliott był rosłym mężczyzną o ciemnych włosach, a od
Anula & pona
ous
l
a
d
an
sc
ostatniego roku również o szerokim uśmiechu. Miał trzydzieści trzy lata i
był tylko pięć lat młodszy od Shane'a. Wychowali się raczej jak bracia, ale
Gannon był bratankiem Shane'a, synem jego najstarszego brata, Michaela.
- Nie spodziewałem się ciebie tutaj, Gannon. Gannon wzruszył
ramionami ze śmiechem.
- Erika chciała zrobić zakupy świąteczne - powiedział, odstawiając
swoje piwo. - Jakoś Hannigan wydał mi się lepszym pomysłem.
- Zakupy świąteczne - mruknął Shane i oparł się o skórzane
oparcie. - Jeszcze nawet nie zacząłem ich robić.
- Moja rada? - Gannon sięgnął po swoją szklankę . i pociągnął długi
łyk. - Ożeń się. Kobiety uwielbiają robić zakupy.
Shane uśmiechnął się na absurdalną myśl o małżeństwie, a także
dlatego, że ta gwałtowna przemiana bratanka trochę go bawiła. Nie dalej
jak rok temu Gannon siedziałby o tej porze w pracy i tkwiłby tam zapewne
do póznego wieczora. Bardziej niż którekolwiek z dzieci Patricka jego
wnuk Gannon żył rodzinnym biznesem.
Póki nie zjawiła się Erika.
- A ty? Dlaczego tu siedzisz i pijesz ze mną piwo? - Gannon
pociągnął kolejny łyk ze szklanki. - Czemu
nie jesteś z tą hollywoodzką dziewczyną... Jak jej tam na imię, Amber
czy Brownie?
Shane zmarszczył brwi, myśląc o dziewczynie, z którą miał wczoraj
zjeść kolację. Nadal nie pamiętał jej imienia. Ale gdyby poszedł na to
umówione spotkanie, pomiędzy nim a Rachel nic by nie zaszło i nie
Anula & pona
ous
l
a
d
an
sc
siedziałby teraz po uszy w tym bagnie.
- Jak ona ma na imię? - wymruczał. - Nieważne. Nie byłem w
nastroju.
Gannon zaśmiał się.
- Ty? Nie w nastroju na piękną kobietę? Dobrze się czujesz?
- Bardzo śmieszne. - Shane pociągnął łyk Guinnessa, rozkoszując
się jego smakiem.
- Wcale tak nie uważam - powiedział Gannon, przyglądając mu się.
- Czy coś się stało? Powinieneś się teraz cholernie cieszyć. Słyszałem, że
wygrałeś stanowisko szefa EPH.
Shane wlepił w niego wzrok.
- Kto ci powiedział?
Ktoś w barze głośno się roześmiał i muzyka zmieniła się z irlandzkiej
ballady na jakąś skoczną melodię. Palce Shane'a same zaczęły miarowo
wystukiwać rytm. Gannon roześmiał się serdecznie, widząc zdziwienie
Shane'a.
- Zapytaj raczej, kto o tym nie mówi! Wszyscy w firmie spodziewali
się tego przynajmniej od kilku miesięcy, a gdy przyszło rozliczenie za
trzeci kwartał, było jasne, że nikt nie ma z tobą szans.
Shane był z siebie dumny. Szkoda tylko, że to w żaden sposób nie
zdejmowało ciężaru z jego piersi,
- Dzięki. To była praca całego zespołu. Wszyscy ciężko pracowali.
Szczególnie ludzie z redakcji The Buzz".
- W takim razie wracam do pytania. Powinieneś teraz świętować.
Anula & pona
ous
l
a
d
an
sc
Czemu tego nie robisz?
- Długa historia.
- Czy wyglądam, jakbym się dokądś spieszył? Shane roześmiał się.
- Bynajmniej. - Kiwnął głową i pociągnął łyk piwa. - W porządku,
ale zanim przejdziemy do smutnej historii mojego życia, powiedz, jak się
czuje twoja mama.
Matka Gannona, szwagierka Shane'a, Karen, od roku walczyła z
rakiem piersi. Cała rodzina wspierała ją podczas dwóch mastektomii i
chemioterapii, która ją bardzo osłabiła, wszyscy jednak mieli nadzieję, że
Karen pokonała raka.
Gannon odetchnął i uśmiechnął się szeroko.
- Czuje się dobrze. Nawet świetnie. - Skinął na kelnera i wskazał
mu pustą szklankę. - Tata jest przy niej ciągle. To naprawdę niesamowite,
jak oni... nie wiem nawet, jak to określić... jak oni się na nowo odnalezli. I
mimo tego, że grozba choroby ciągle nad nimi wisi, są diabelnie szczęśliwi.
To aż irracjonalne.
- Cieszę się.
- Tak - przytaknął Gannon, wpadając w zadumę. - Ja także. - Gdy
kelnerka przyniosła mu nową szklankę i zabrała pustą, spojrzał na Shane'a.
- Ale zostawmy temat moich rodziców. Co się dzieje z tobą?
Shane nie chciał mieszać w tę sprawę bratanka. Ale któż inny jak nie
[ Pobierz całość w formacie PDF ]