[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Hrabia właśnie zsiadał z konia.
Hrabio! krzyknął hacjendero.
70
Pedro, drogi Pedro! zawołał hrabia.
Nie zważając na konwenanse padli sobie w ramiona. Dopiero po chwili Arbellez powiedział:
O Boże! Dziękuję ci, że mój pan żyje! Co to za szczęście. Dziękuję ci serdecznie. Oddałeś
mi córkę, teraz zwracasz mi mego pana. Mogę umierać spokojnie
Tylko nie tak zaraz odezwał się hrabia. Dosyć wycierpieliśmy, musimy bodaj prze
chwilę zakosztować szczęścia.
Dużo czasu minęło, zanim minęły pierwsze powitania. Poczęto opowiadać wszelkie nowiny,
a więc i o forcie Guadeloupe. Rezedilla była zdrowa i ciągle pielęgnowała Czarnego Gerarda,
obaj doktorzy twierdzili, że szybko powróci do zdrowia. Panowała powszechna radość i nikt
nawet nie przypuszczał, że nowe nieszczęście nad nimi zawisło.
Tuż za Apaczami towarzyszącymi hrabiemu jechało sześciu mężczyzn. Dowodził nimi Man-
fredo. Hilario wysłał ich, by pochwycili hrabiego.
Do diabła! powiedział Manfredo. Udało im się, ale kto mógł przypuszczać, że eskor-
towało go będzie, dwudziestu Indian.
Trzeba go było zastrzelić.
Nie, mieliśmy go dostarczyć żywego.
To nic już z tego nie będzie. Zapewne dojechali już do hacjendy.
Tak, ale ja mimo to nie tracę nadziei. To nawet nie będzie takie trudne, posłuchajcie.
Przedstawił im cały plan działania, a gdy zapadł zmrok udał się do hacjendy i zapytał o hra-
biego, po czym wszedł do jego pokoju.
Jestem synem sędziego z Sombretto, mam wam wręczyć ten pierścień.
Podał mu pierścień zdjęty z palca Mariano.
Dzięki Bogu żyje! Co za nowiny macie dla mnie?
Kilku mężczyzn, między nimi było dwóch Indian zostawiło u mego ojca seniorittę Józefę.
Uwięziono ją, jednak oni musieli zaraz potem wyruszyć, więc senior Mariano polecił mi ten
pierścień i kazał przekazać, że Józefę już złapano, a jej ojca niedługo pojmą.
Nowina ta szybko rozniosła się po hacjendzie, wszyscy się bardzo cieszyli. Nieznajomy wy-
słannik wcześniej udał się na spoczynek, gdy jednak tylko noc zapadła, zakradł się do pokoju
hrabiego, napadł na niego i związawszy sznurami spuścił nieprzytomnego przez okno. Tam
jego ludzie zabrali go natychmiast ze sobą.
Manfredo jakby nigdy nic ponownie udał się na spoczynek, a rano wcześnie wstał, pożegnał
hacjendero, od którego dostał jeszcze nagrodę za wspaniałe wiadomości i spokojnie odjechał.
Nikt nie przeczuwał co się stało, wiadomo było, że hrabia długo spał.
Udało nam się, wszystko przebiegło znakomicie! zawołał Manfredo do swoich. Nie
zauważą jego nieobecności do południa, a my tymczasem będziemy już daleko. Naturalnie
ani im do głowy nie wpadnie podejrzewać mnie, bo przecież widzieli jak odjeżdżałem z ha-
cjendy. Ten piękny pierścień będzie mój. Hurra! Taki wielki diament. Rzetelnie na niego za-
pracowałem.
71
TAJEMNICZE POSAANNICTWO
Nowy, świeży śnieg okrył całą ziemię, ostatnie płatki fruwały jeszcze w powietrzu ozdabia-
jąc swymi gwiazdkami przydrożne sosny i świerki.
Dzień dopiero wstawał, ale mimo tego widać było jakieś człowieka, który szedł w stronę
Kreuznach. Dziwny to był podróżnik. Miał na sobie krótkie, niebieskie spodnie, mocno poła-
tane, taki sam surdut, widocznie za mały, na głowie czapka bez daszka i wydawało się, że w
ogóle nie wraca uwagi na dający się we znaki chłód!
Twarz miał spaloną od wiatru i słońca, małe oczy patrzyły bystro i ciekawie przed siebie,
szczególną uwagę zwracał jednak jego nos, długi i zagięty jak dziób ptaka, jednak mimo tego
sprawiał sympatyczne wrażenie.
Właśnie dochodził do zakrętu, gdy ujrzał przed sobą drugiego człowieka, który tak jak i on,
mimo wczesnej pory szedł w tym samym kierunku.
Nie potrzebował zbytnio wytężać kroku, aby go dogonić, w jednej chwili podszedł, a obcy
zauważył go dopiero gdy się zrównali.
Good morning, mister!
Mały człowiek obrócił się ze dziwieniem spoglądając na dziwaczną postać nieznajomego.
No, dlaczego pan nie odpowiada? spytał. Czy dobrze idę? Ta droga prowadzi do Kreu-
znach?
Mały człowiek zdecydował się wreszcie odpowiedzieć, nie chcą widocznie zadzierać z tym
cudakiem.
Dzień dobry. Ta droga rzeczywiście prowadzi do Kreuznach.
Zna pan tę miejscowość?
Znam.
Mieszka pan tam może?
Nie.
A kim pan właściwie jesteś? pytał dalej, obrzucają spotkanego ciekawym spojrzeniem.
Weterynarzem, bardzo dobre zajęcie.
Weterynarzem? Czyli, że ma pan sprawę w Kreuznach?
Tak, zachorowała krowa, więc mnie wezwano.
Głupstwo. Zastrzel ją pan i pozbędziesz się kłopotu.
Mały popatrzył na wysokiego z wyraznym przerażeniem.
Co pan wygaduje? Zastrzelić krowę?
Naturalnie, ja już zastrzeliłem setki.
No w to akurat nie uwierzę.
Nie radzę, ja potrafię dochodzić swoich praw. Nawet siłą.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]