[ Pobierz całość w formacie PDF ]
kroków. Pielęgniarka pocierała jego ramię zwilżoną watką i wypatrywała żyły
nadającej się do iniekcji. Andrzej wpił się wzrokiem w twarz Ewy. Widziała
w tym spojrzeniu protest i nienawiść. Odwróciła się, stanęła w oknie i
spróbowała zapalić papierosa. - Tu się nie pali - usłyszała głos
pielęgniarki. W milczeniu wyszła na korytarz. Nagle przyszło jej na myśl,
czy czasem przedstawiciel władzy nie spróbuje zignorować zakazu ordynatora
i wydobyć, co się da, od Leszka. Prawie biegiem rzuciła się wzdłuż
korytarza. I tym razem nie zawiodła się na swojej intuicji: sierżant
zmyliwszy widać czujność ordynatora, stał zapatrzony w Leszka. Jeden rzut
oka na szwagra pozwolił Ewie wyzbyć się obaw, że przybyła za pózno. W
stanie, w jakim się znajdował, nikt nie mógł oczekiwać od niego żadnych
wyjaśnień. Leżał z przekrzywioną w bok głową, oddychał ciężko, niemiarowo,
przez szeroko rozchylone usta, w których kąciku pieniła się ślina
zabarwiona na różowo, najwidoczniej po wewnętrznym krwotoku. W żyle prawego
ramienia tkwiła, przytwierdzona szerokim plastrem, igła kroplówki. Gruba
pielęgniarka sprawdzała zaciski. Odchodząc smętnie pokiwała głową. - Za
wcześnie się pan tu wybrał - zwróciła się do sierżanta. - Teraz za
wcześnie, a jutro, dajmy na to, może być za pózno. I co tu zrobić? -
zawiedziony wbił na głowę czapkę i poczłapał za pielęgniarką. Ewa nachyliła
się nad Leszkiem, ustami niemal dotykała jego ucha. - Leszek... Leszek...
To ja... W jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. Przez chwilę
wsłuchiwała się w syczący, ciężki oddech. Zawstydziła się własnej myśli, że
oto Bóg czy los ukarał tego chłopca za krzywdy, które jej, Ewie, wyrządził.
Pomimo wszystko było jej go teraz żal. Wróciła do Andrzeja. Zastała go
siedzącego na leżance. Zdrową ręką masował wybite ramię. - Byłam u niego -
wyznała. - I jak? Wzruszyła tylko ramionami i pokiwała głową. - Pamiętasz,
o co cię prosiłam? - spytała. - Pamiętam. Jak w ogóle mogłaś to powiedzieć?
- Jemu to już naprawdę nie zaszkodzi, a ciebie ocali. - Dość już tych
wszystkich kłamstw! Położyła mu palec na ustach. - Cii... Chcesz całe życie
odpowiadać za swoją głupotę? Co winne są twoje dzieci? Nasze dzieci? Co ci
pomoże więzienie? - dostrzegła widać, że te argumenty wywierają jednak na
nim wrażenie, i przysiadła bliżej na leżance. - A Leszkowi to już obojętne.
- Przestań! To się nie stanie! - krzyknął. - Niczego nie chcę robić wbrew
tobie, ale musisz zrozumieć, Andrzej, co tracisz... - Brata - przerwał jej.
- To sobie rozważ. Jemu niczym nie pomożesz, a stracisz dom, matkę, synów,
mnie. Wolność... Może odzyska przytomność, a wtedy ty sam musisz mu to
powiedzieć. - Co? - spytał. - %7łe to przez ciebie? - %7łe to on prowadził
samochód - wyjaśniła cierpliwie, nie zrażona jego napastliwym tonem. -
Nigdy! - zawołał. - Nigdy, słyszysz! Przerwało im ponowne wejście
ordynatora. Powrócił w asyście atletycznego stażysty i od razu widać było,
że tym razem nie skończy się na pogaduszkach. Dopiął fartuch na brzuchu,
nieznacznie odwinął rękawy, a jednocześnie stażysta zaszedł Andrzeja od
tyłu. - Proszę pokazać jeszcze raz ten bark - powiedział ordynator, a
zwracając się do Ewy dorzucił: - A pani niech raczej opuści ten przybytek,
bo tu może być dosyć głośno za chwilę. - Co z moim bratem? - Andrzej
plecami oparł się o chłodne kafelki glazury, jakby zamierzał się bronić. -
Niczego nie dam sobie zrobić, dopóki nie dowiem się, co z bratem. - Nie
mogę ręczyć, że będzie tańczył - powiedział po namyśle chirurg - ale żyć
będzie... Tyle, że w naszych warunkach niczego nie możemy gwarantować.
Kręgosłup to sprawa delikatna... Andrzej natychmiast się ożywił. -
Zadzwonię do Karola! - spojrzał na Ewę. - Pamiętasz numer w Konstancinie? -
W jakim Konstancinie? - zainteresował się ordynator. - Mąż chce dzwonić do
STOCER-u, do docenta Langa - wyjaśniła. Ta informacja zrobiła na chirurgu
wrażenie. - Pan zna samego Langa - spytał już zupełnie innym tonem. Andrzej
usiłował zsunąć się na podłogę. - Gdzie tu macie telefon? Ordynator
stanowczym gestem usadził Andrzeja na leżance. - Najpierw sobie trochę
pokrzyczymy - oświadczył. - A jak dobrze pójdzie, niech pan powie
docentowi, że robił to panu doktor Ochremiak. Byłem jego studentem. To
mówiąc zaparł się nagle podeszwą o kant leżanki, jakby zabierał się nie do
nastawiania barku, lecz do ściągnięcia pacjentowi butów z cholewami, które
ciężko schodzą. W tej samej chwili stażysta objął Andrzeja wpół. Ordynator
ponowił swą prośbę do Ewy, by zostawiła ich na moment samych. Zaledwie
znalazła się za drzwiami, kiedy rozległ się stamtąd dziki, nieludzki ryk.
Ewa zakryła dłońmi uszy. Wystraszona patrzyła na drzwi, zza których już nie
dochodził żaden odgłos. Po chwili stażysta wyjrzał, by ją zaprosić
ponownie. Zastała Andrzeja rozciągniętego na leżance z bezwładnie
rozrzuconymi nogami i ramionami. Sprawiał wrażenie boksera w chwilę po
ciężkim nokaucie. Ordynator zadowolony z siebie mył ręce pod kranem, czując
na sobie pełen podziwu wzrok stażysty. - Jak się ocknie - zaordynował - dać
mu setkę spirytusu. Teraz już mu to nie zaszkodzi. Stażysta zapytał z
szacunkiem: - To też przepis docenta Langa? - Nie. Mój własny. Nadbiegła
tęga pielęgniarka. Zdyszana po szybkim marszu, pospiesznie komunikowała
szefowi, że ten drugi pacjent z wypadku nagle odzyskał przytomność. - Zaraz
tam będę. Lecz znacznie przed nim znalazła się przy Leszku Ewa. Najmłodszy
z Talarów wciąż oddychał z trudem i niemiarowo, ale głowy nie trzymał już
odrzuconej bezwładnie na bok, leżał na wznak i zamglonymi zrenicami
wpatrywał się w wiszący nad nim przezroczysty przewód, w którym jak
koraliki pełzały monotonnie i leniwie kropelki płynnej glukozy. Ewa
pochyliła się nisko nad Leszkiem i ścisnęła jego rozpalone ramię. -
Leszek... poznajesz mnie? Po chwili powiekami dał znać, że tak. Ewa nie
traciła czasu, w głębi korytarza słyszała już zbliżające się kroki. -
Pamiętasz tę chwilę, jak was wyrzuciło? - potrząsała jego ramieniem. - To
ty prowadziłeś, prawda? - powiedziała z naciskiem próbując zajrzeć mu w
oczy. - Powiedz, że tak! Przecież tobie nic za to nie grozi. Pobierali ci
krew i była w porządku... Wciąż nie wiedziała, czy jej słowa docierają do
[ Pobierz całość w formacie PDF ]